Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 15 czerwca 2015

"Zaczekaj" rozdział II

 Znów zanosiło się na burzę. Wiktor spacerował wokół bloku w nadziei, ze go zaleje, ja Polskę w 1997. tylko tyle mu było trzeba do szczęścia. Oj, żeby tak znowu lunęło ... Dziś było w powietrzu jakoś dziwie gęsto, aż ciężko było oddychać. Kręcąc się w tę i z powrotem widział, jak jego ulubiona para spiesznie wchodzi do klatki bloku. Karolina uśmiechała się przesadnie w jego stronę, tak jakby myslała, ze to coś pomoże, że w ten sposób może złagodzi napięcie ... Jaco udał, ze go nie zauważył, jak zwykle tchórz jakich mało. Nie będzie się im kłaniał, choc i tak wymownie wieje od niego chłodem od jakiegos czasu. Już nie czekał, wiedział, że królowa lodu zasiądzie trzy piętra wyżej i juz nie dla niego... Właściwie to chyba nigdy dla niego, coś mu się pomyliło. Od zawsze miał skłonność do mierzenia ludzi własną miarą, dlatego też naiwnie wierzył, ze potrafią być uczciwi. Jak bardzo musiał się na tym przejechać, by w końcu zrozumieć ...Wszystkie złości i żale kłębiły się w nim jak nadciągające chmury. I przez to wszytko nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. W oddali było słychać śpiewy ... Pielgrzymka powoli wsypywała się do miasta. Wiktor skręcił w uliczkę prowadzącą do zamku. Większość namiotowych pól pielgrzymkowych miało miejsce u stóp Oleśnickiego zamku. Tam juz od południa bagażowi rozładowywali tiry z rzeczami pielgrzymów. Kilkoro ludzi siedziało na karmiatach przy stercie plecaków przykrtytej wielką niebieską plandeką. Kuchenne namioty wojskowe stały nieugięcie mimo silnego wiatru zrywającego plandeki. Wiktor przysiadł na wzgórzu nieopodal pól namiotowych. Stąd miał widok na wszytko. Widział chmury, namioty i kłębiące się sznury pątników. Właściwie, nigdy się temu nie przyglądał z tak bliska. Jego matka nigdy nie wpuszczała piegrzymów do domu. Twierdziła, ze zwaliłoby jej się sto osób, wylaliby kubik wody, a ona nie będzie za nich płacić. Wiktor nigdy nie odważył sie jej przeciwstawić. Wiedział na co ją stać. A on w głębi duszy lubił tych ludzi. "Gdyby się tak zastanowić ... są trochę szaleni. Kto w takim upale wstaje o trzeciej, idzie po rozgrzanym asfalcie trzydzieści kilosów a potem zdany na łaskę i niełaskę mieszkańców szuka miejsca gdzie mógłby na chwilę się zregenerować. Katolicy są silni jakąś niemożliwą mocą. Tak niepojętą, że aż trochę straszno ...Skąd oni to biorą? I mimo tego co inni mówią i myślą wciąż stoją twardo przy swoim, nieważne jak głupio wygląda to z zewnątrz. Mają jakiś cel i konsekwentnie do niego dążą ...Jakiś. Jaki? Normalny człowiek widząc takie oberwanie chmury wsiadł by w pociąg i pojechał w cholerę, byle tylko nie odpłynąć z namiotem, po tej burzy przeziębienie murowane (przynajmniej ja na to liczę). A oni śpiewają tak wesoło, jakby ten deszcz był im na rękę. Czemu?"
Wiktor otworzył pudełko nicości. Patrzył w dal nie myśląc nic, przestrzeń zdawała się być tylko przeźroczystym powietrzem, bez żadnej głębi. Na wschodzie zaczęło błyskać, bez szału, jak delikatne światło flesza. Po jakimś czasie wstał, otrzepał spodnie z trawy i powolnym krokiem udał sie do domu. W mieście zagęścił się ruch. W sklepach też zaczęło robić się ciasno. Wiktor wpadł do pierwszej lepszej sieciówki, żeby kupić coś na kolację, bo w lodówce znów pusto... W sumie to nie miał ochoty nic jeść, chociaż żołądek przysychał mu do krzyża, od jedzenia go odrzucało. Musi przestać myśleć o Karolinie, bo długo tak nie pociągnie. Każde wspomnienie o niej przyprawiało go o mdłosci. W sklepie nic specjalnie go nie natchnęło. Ostatecznie, po długim staniu w kolejce, wyszedł ze sklepu z mrożonym szpinakiem i ciastem francuskim. Po drodze minął swoją mamę z siostrami "Miały iść do babci. Cudownie. Raczej szybko nie wrócą. Zamknę się w świątyni swojej samotności i będzie mi tam dobrze. Nudno i dobrze. "
Z tą myślą podążył do domu lekko przyspieszając. Jeszcze nie wiedział, że ten dzień może go zaskoczyć. Przecież od zawsze był zawieszony w teraźniejszości i tylko na niej umiał opierać swoje działania, myśli i wnioski. Nigdy nie patrzył w przód przez pryzmat niespodziewanych zwrotów akcji. Dlatego tak bardzo się ich nie spodziewał ... A życie lubi płatać nam figle, w najbardziej nieoczekiwanych momentach.
W domu czekał na niego kot. Najpierw łasił się łaskocząc Wiktora swoimi długimi kłakami, a potem wbiegł za nim do kuchni, sugestywnie trącając blaszaną, srebrną miskę. Miska oczywiście była pusta i dokładnie wylizana. Bo kot tłuścioch ciągle jadł i wszelkie uzupełnianie było bezcelowe jak praca syzyfa. Żołądek kota zdawał się być studnią bez dna. Wiktor wyciągnał zakupy i zabrał się za gotowanie. Próbował nie zwracać uwagi na wiercenie sie kota, ale w końcu znów dał za wygraną. Zażenowany swoja uległością rzucił mu większy ochłap. Wstawił ciasto szpinakowe do piekarnika i uchylił okno, żeby wpuścić trochę powietrza. Błysnęło mocniej. Blask zaświecił w kocich oczach. Po chwili rozległ się porządny grzmot. Dupnęło nieźle i to blisko. Jakieś 300 metrów dalej. I w końcu zaczęło lać. Deszcz zaczął wlewać się przez okno. Wiktor podbiegł zamknąć je szczelnie. Spojrzał na
rozpływającą się ulicę. Po drugiej stronie stało samotne stare drzewo uginające sie pod cieżarem wiatru. Pod drzewem ktoś się chował. "Ciekawe ile tam wytrzyma? Jakby tak znowu dupęło, drzewo jest wysokie, to niebezpieczne ... " 
 Dziewczyna stojąca pod drzewem, jakby wyczuła, że ktoś ją obserwuje. Spojrzała w górę. Chwilę stała w bezruchu. Deszcz zacinął z boku, stanie pod drzewem było raczej bezcelowe. Znowu walnęło, też blisko ...  Podbiegła pod bramę numer 25. Daszek na dole był dość mały. Wkrótce trzęsąc sie z zimna, zauwazyła, że kratka odpływowa, na której stała, straciła swoją funkcję, tak wiec woda ie znalazła w niej ujścia. Brodząc w wodzie po kostki, nie miała pojęcia co począć. Ulica zamieniała się w rzekę, wody wciąż przybierało. Niewiele zastanawiając się, zadzowniła pod pierwszy lepszy numer ...





Zaczekaj


 Mam wrażenie, że szaleństwo to mieszanka ryzyka, odwagi i kreatywności, a  ten kto walczy z nudą na przekór wszystkiemu musi być wyjątkowy... a przynajmniej nieprzeciętny. O ile więcej jest tych co marzą o zwariowanym życiu a nie robią z tym nic, a tych których wir wydarzeń potrafi wciągnąć bez reszty.  Spójrz na siebie? Jak się widzisz? Potrafiłbyś rzucić wszytko, pojechać pierwszym lepszym pociągiem gdzieś w cholerę i być szczęśliwy? Nie każdy by umiał. Nie każdy. Ale z pewnością ktoś. Ktoś wyjątkowy.
Jedno było pewne. Dzisiaj miała wrócić Karolina. Czuł to każdą cząstką swojego ciała. Dziwnym trafem zjawiała się zawsze wtedy, gdy zanosiło się na burzę. Wiktor prędzej uwierzyłby w czary niż jej zdolności meteorologiczne. Nie interesowało ją nic, co by znajdowało się powyżej wysokości oczu ...jej wysokości Karoliny pierwszej. Pierwszej i ostatniej, jak sądził. I nie pierwszy raz w zyciu mylił się. Po pierwsze nie była żadnym cudem, poza tym, w mieście było conajmniej kilka panien, które zrobiły by wszystko by chociaz na nie spojrzał, a w zamian za to obdarzyłyby go zyciem o niebo lepszym niż mogła mu zaoferować jej wysokość. Wybrał własnie ją, choć była zimna i piękna jak królowa śniegu. Włosy miała niemal białe a przenikliwy błekit oczu mroził każdym spojrzeniem. Zawsze był skrępowany w jej towarzystwie i nigdy nie odważył się powiedzieć jej, co do niej czuje. Ale zbierał sie na to juz pół roku. Teraz na pewno jej powie, juz jest gotowy, niech no tylko się zjawi ... Był pewnien, ze jest już gdzieś blisko.  Z podniecenia dreszcze przechodziły mu po plecach. "gdzie jesteś moja Królowo?"- Wiktotr bębnił rytmicznie palcami o metalowy parapet. Im dłużej czekał, tym bardziej niecierpliwił się.
Po jakimś czasie postanowił zaparzyć sobie mocnej, białej herbaty. Nalał wody do czajnika i postawił go na gazie. Potem przezornie odłączył internet i wszystkie urządzenia elektryczne. Już kiedyś zdarzyło się, że modem trafił szlag, dosłownie ... cały pokój wypełniła bladobłękitna poświata, te dwie sekundy  w pamięci Wiktora trwały wieki ... Tak, to mogło zabić. Do dziś nie wiedział, czemu go nie poraziło.  Od tamtej pory zaczęła fascynować go dzikość natury i nie miał w sobie strachu przed siłą zniszczenia jaką ma w sobie.
 Woda zawrzała a czajnik zagwizdał głośno."Musze poczekać ... Białą herbatę zaparzamy przez 3 minuty w dziewięćdziesieciu stopniach"- powtarzał w myśli. Wiktor wyłączył gaz i usiadł w fotelu przy oknie.  . Niestety zgniótł nieco przy tym kota, który fuknął na Wiktora z niezadowoleniem. Kot zeskoczył na podłogę i sugestywnie trącił pustą miskę.
-O nie stary, już dość dzisiaj zjadłeś. ... Błagam, nie patrz tak na mnie. Okay, dam ci jedna kiełbaskę a ty mi dasz święty spokój. Umowa stoi? Przyjmijmy milczenie oznacza zgodę. z resztą ty to byś zgodził sie na wszystko, gdyby tylko dano ci w zamian pęto kabanosów. I widzisz do czego doprowadziłeś? Znów ci uległem, ty szczwany sierściuchu.
Wiktor otworzył lodówkę. Było w niej tylko światło
-Ha!  Sprawiedliwości stała się zadość. Nic Ci nie dam, bo nic nie ma, przestań się łasić, to nic nie da. A co ja dam gościom, jak przyjdą? Może ewentualnie jakieś ciastka się znajdą do herbaty, albo zaraz sam coś wykombinuje.Może wpadnie tu ktoś z pielgrzymki? I co mu dam? I tak mój drogi, przyjdzie tez Karolina, pewnie się za nią stęskniłeś, co? I całe szczęście, ze mama wyszła, bo nie dowie się, ze ją wpuściłem, wiesz, ze jej nie lubi. Z resztą mam to gdzieś, może mnie dziś nawet wywalić z domu, ja tam burzy się nie boje. Pożyczysz mi karton? Źle ze mną, gadam z kotem ... Miałbym dziewczynę, to do niej bym mówił, a tak widzisz, stary, tylko Ty mi zostałeś. I czasem mam wrażenie, że mnie słuchasz.
Wiktor przykucnął obok futrzaka z nietęgim wyrazem pyszczka. Kot wyraźnie był obrażony. Nawet nie dał sie pogłaskać.
-O czekaj, jest mleko na kredensie. No to jednak coś dostaniesz.
Nalał mleka do metalowej miski.  Oczywiście dzięki temu momentalnie odzyskał swojego puszystego przyjaciela.Ten kot naprawdę był spasionym, tłustym persem. Ale dobrze mu było z tym tłuszczykiem.
-Może ja jednak wyjdę po coś do jedzenia bo tak głupio, bez niczego ... Polska gościnność tego wymaga.-chwilę pogrzebał w kieszeniach.-Kurde, mam tylko dwa zeta. Ale Jaco wisi mi dyche to skocze do niego na dół. Poczekaj tu, zaraz wracam.
Kot siedział z naburmuszoną miną. Wiktor nie zwrócił już na to uwagi. Ominął ziwerzaka i wszedł do przedpokoju. Nawet nie zamknął za sobą drzwi. Zleciał na trzeci piętro trzymając się poręczy. Dzrwi u Jaca jak zwykle były otwarte, mimo to, dobre wychowanie nakazywało mu zapukać. Po dłuższej chwili nie uzyskał odpowiedzi. 
-Halo? jest tam kto?
W mieszkaniu rozgleły się jakieś szmery. Wiktor powoli wszedł do środka. W progu zobaczył Jaca ze szminką rozmazaną wokół ust. Wkrótce plama nie była widoczna, gdyż zlała się z kolorem twarzy. Walnął takiegoburaka, ze Wiktor nie mógł powstrzymać się ze śmiechu. 
-Jaśnie Panie, przepraszam za najscie- zaczął uroczyście po czym parsknął- Nie wiedziałem, że masz gościa. Sorry za najście, ale potrzebuje mojej kasy. Zwlekasz z oddaniem, a jest mi pilnie po...
-Cześć Wiktorku, dawno sie nie widzieliśmy.- w korytarzu zjawiła się dziewczyna również z rozmazaną szminką. Na szyi miała malinkę. Niewinna mina, usta stulone w mały, różowy dzióbek, lekko uniesione  z wyższością brwi  i przeszywające spojrzenie...  Wiktor połączył fakty w jedno i zbladł jak ściana. Tego naprawdę się nie spodziewał. Nie, to nie mogła być prawda. Jego kumpel by mu tego nie zrobił ... 
-Eeee, Karolinę chyba znasz, nie?- bąknął Jaco, nie wiedząc jak ma rozładować napięcie wiszące w powietrzu, bynajmniej nie spowodowane burzą.
-Nie znam. Ciebie chyba też nie. Narazie- Wiktor wyszedł trzaskając drzwiami.
-Wiktot czekaj!-Jaco rzucił sie za nim i wybiegł na klatkę. Był szybszy, złapał go za rękaw, zanim wbiegli na następne piętro.
-Opieprz się- warknął Wiktor- Wiedziałeś przecież. Nie chcę Cię więcej widzieć, daj mi już spokój.
-Masz-Jaco podał mu zmiętolony banknot.-To za flaszkę.
-Serio, masz wyczucie, żeby myśleć o długach w tym momencie. Teraz już mi wszytsko jedno obejdzie się. Poza tym gardzę Twoim hajsem i wszystkim związanym z Tobą. I zostaw mnie już.
Wiktor może nie biegał tak szybko, ale z pewnością był silnieszy i mimo iż Jaco próbował zatrzymać go siłą, by mu wszytko wyjaśnić, skutecznie wyrwał się. 
-Nie uderzę Cie, ale. wiedz, ze ręka mnie świeżbi, żeby to zrobić. Miłego wieczoru- Pożegnał odepchniętego kolegę, lezącego na schodach, po czym wskoczył kilkoma susami na górę. Zdążył zapomnieć, że miał iśc do sklepu. Z resztą i tak nie miał po co. Żadne jedzenie teraz nie miałoby smaku. A Karolina miałaby tupet, gdyby chciała go odwiedzić. "wszystko skończone. Jestem idiotą, ze tego nie zauważyłem wcześniej. Teraz to widzę, że od początku był między nimi jakiś ... magnetyzm. "
Tego dnia burza przeszła bokiem. 







niedziela, 17 maja 2015

Bóg


Łatanych serc pęknięcia w szwach
najszczelniej skryć, zatopić w snach 
i pod poduszką schować dzień
najgorszych chwil minonych czerń

By w końcu móc nie myśleć nic
gdy smutku deszcz zaczyna mżyć
w najgorszy czas najlepszą z dróg
Pokaże Ci kochany Bóg.



środa, 13 maja 2015

Wymiauczane

Coś niepokojącego jest w tych wymiauczanych. Dostajesz to, o co ot tak dawna prosiłeś, sfera marzeń zderza się z rzeczywistością ... i jest inaczej niż przypuszczałeś. Nie ma fajerwerków, beztroskich różowych jednorożców, a już na pewno nie rzygasz tęczą. Jest bardziej niż zwyczajnie, przeciętnie, albo nawet gorzej. I właściwie patrząc wstecz samo miauczenie wydaje się być ciekawsze niż to co teraz.
A gdyby tak zmienić taktykę i plan działania ... Przestać miauczeć i po prostu cierpliwie czekać, moze cos skapnie, coś znacznie lepszego, większego. W najbardziej nieoczekiwanym momencie. I żadnych kocich oczu, to też nie działa jak należy. To takie bezgłośne miauczenie.
Bo na czym tak naprawdę Ci zależy? Na iskrze, która szybko gaśnie? Ty nie umiesz wzniecić lepszej. Ale jeśli dasz się ponieść, wejdziesz w tą cholerną burzę życia, a nuż piorun dupnie tuz obok Ciebie i zmieni całe to Twoje tałatajstwo. Daj się ponieść. Po prostu ufaj.



sobota, 9 maja 2015

I nie zapomnisz na pewno

W Słodkości zeszłego lata
i pięknych dni kilku majowych
w uszach wciąż brzmiała sonata
wieczorów tak kolorowych

Tej ciszy  co bzem pachniała
gdy z żaby się stałam królewną
truskawek tulonych słońcem
i chwil tylko z Tobą i ze mną ...

Tych kwiatów zamkniętych w sobie
                                                      co w trawie się pogubiły
                                                      kiedy mówiłeś "nie lubię"
                                                      choć oczy zamglone się szkliły

                                                      Ja wiem, że w marzeniach sennych
                                                      wyszepczesz już naszą wzajemność
                                                      w najczulszych w westchnieniach rzewnych
                                                      I nie zapomnisz na pewno











sobota, 11 kwietnia 2015

Najprzyjemniejsze

C.Monet
 Z tych najprzyjemniejszych uczuć na ziemi... z pewnością byłby to różowy deszcz płatków kwiatów, opadających dostojnie na włosy, które mienią się w świetle zachodzącego słońca.  Pogoda dokładnie taka jak dziś, wiatr szarpiący kosmyki, jak struny harfy eolskiej. Właściwie to można iść z zamkniętymi oczami i ... i czuć bardziej.
... A potem jest niebo błyszczące gwiazdami. Tak bardzo piękne ... Szczególnie w szczerym polu, na stogu, po całym dniu pieszej pielgrzymki, gdzieś na krzywym ściernisku, w drodze do Częstochowy ( oczywiście w sierpniu, podczas roju perseidów. ) Czekając na spadający meteor, czuć pod sobą kującą słomę (co oczywiście nie przeszkadza w tym momencie) i z wrażenia prawie nie dobierając oddechów, móc zobaczyć lecącego bolida ... zatopić się w zachwycie.
 Bardziej niż to. Bardziej jest tylko z kimś. Alejką, powoli przed siebie, mając za sobą całą resztę świata i tak do końca, póki droga się nie skończy ...

środa, 8 kwietnia 2015

Bezsennie czekając na świt

M.Keane
Bezsennie czekając na świt,  w myślach przeskakują martwe kadry, zmieniając się rytmicznie, klatka po klatce. Cisza też dość zdrętwiała, żeby chociaż cykanie durnego zegarka, ale i on już dawno się popsuł.  Dobrze wiesz dlaczego to wszystko. Jeszcze nie umiesz się do tego przyznać. Zostało Ci tylko udawać, zę nie czujesz nic. Szepcząc pod nosem łacińskie nazwy roślin masz wrażenie że czarujesz ... bezskutecznie. Niełatwo jest zapomnieć, a już napewno nie o takim bólu. Płoną policzki, pieką zaczerwienione oczy  ...Powoli spalasz się na stosie wstydów. Zaczynasz  krzyczeć od piano espressivo, majac nadzieję, że ktoś Cię jeszcze usłyszy. Ale to tylko krzyk wewnętrzny ... i choc wiesz, ze istnieje Ktoś kto w każdej chwili może Cię pozbierać nie pozwalasz mu. Kajasz się w swoim wstydzie i beznadziei jak ostatni idiota wystawiony na pośmiewisko. Nadzieja o ratunku nagle zamienia się w paraliżujący strach- I boisz się, ze jesli ktokolwiek to usłyszy, będzie już po Tobie. Sycząc zamieniasz się w czysty proch, choć pozornie nie widać nic Ty wciąż spalasz się. Kiedy będzie juz po wszytskim jak co dzień wzejdzie słońce i nawet nikt nie zauważy .... Cichutko, powoli zamierasz, bezsennie czekając na świt.